STRACH PRZED SOBĄ...

    

      W dzień jest łatwiej. Czas mija szybko, kiedy trzeba automatycznie wypełnić obowiązki. Przemieszczam się między 8 - 19 z miejsca na miejsce jak zaprogramowany robocik. Wszystko się zmienia, kiedy wracam do domu, zamykam drzwi i mogę być sobą.

      Kiedy zostaję sama z tym co czuję, pamiętam, wiem – zaczynam się bać. Nie ma gdzie uciekać, nikt mnie nie obroni przed myślami, które wytatuował czas. Nie chcę być tą podłą, wyzutą z emocji istotą. Nienawidzę swojej prawdziwej twarzy, którą konsekwentnie maskuję milionem nieprawdziwych odsłon. Łudziłam się, że z czasem przywyknę, strach zniknie, a  ja przyzwyczaję się do kanalii, która nie cofnie się przed niczym. Nie zna świętości, ideałów, priorytetów, zasad. Nie ma przyjaciół, rodziny, zaufanych znajomych, nawet pies jej zdechł po 3 latach – nie potrafiąc żyć w towarzystwie takiego zła.

      Od najmłodszych lat słyszałam, że jestem ,,inna’’. Wtedy brzmiało to nawet pozytywnie. Rodzice nie chcieli nazywać tego odpowiednimi słowami. Schodzili mi z drogi przy każdej konfliktowej sytuacji – wiedząc, że ja nie ustąpię i zrobię wszystko, żeby osiągnąć cel. Chyba sama wtedy nie miałam świadomości tego kim jestem – bo nie pamiętam strachu, który teraz jest z roku na rok coraz silniejsza.

     Tak. Krzywdzenie innych sprawia mi radość. Niszczenie wszystkiego co dobre – daje mi nienazywalną satysfakcję. Ból w oczach ludzi, którzy mi zaufali – karmi moje rozrastające się, zakochane jedynie w sobie ego. Czemu mimo tej świadomości i chorych rządz – ukrywam prawdę? Czemu gram rolę wrażliwej, pomocnej, czułej kobiety, która marzy o uszczęśliwianiu innych? To proste. W ten sposób mogę osiągnąć więcej. Udając, że jestem kimś innym - łatwiej mi manipulować światem, który jak marionetka zawieszona na linkach - słucha każdego mojego ruchu.

     Czego się więc boję? Tylko siebie, bo nie znam nikogo tak złego, bezwzględnego i pozbawionego emocji, odruchów. Chociaż znów kłamie. Przecież za każdym razem – kiedy upodlę kogoś bezwzględnie, kiedy płyną łzy goryczy na zaskoczonych twarzach – czuję radosną satysfakcję. Marzę wtedy o kolejnym zniszczeniu wszystkiego co dobre, wrażliwe, wartościowe. Nie mam rodziny. Przyjaciół. Właściwie nienawidzę ludzi i ich żałosnej ckliwości, wiary w siebie, czy pokładanej w utopijnych pragnieniach nadziei. Ale chyba najbardziej nie mogę znieść miłości. Gdy staje mi ona na drodze – jestem w stanie poświęcić nawet siebie – żeby ją zabić. Kiedy patrzę jak kona – nie rozumiejąc co się dzieje – jestem na chwilę spełniona. Nie chcę być taka. Próbowałam wielokrotnie, jednak kończyło się to jeszcze dotkliwiej dla tych, dla których chciałam być ludzka…

       Ci, którzy mi zaufali – polegli. Ci którzy pokochali – umarli za życia. Pożerałam ludzkie serca jak trofea nieśmiertelności. Im więcej było ofiar tym czułam się silniejsza i bardziej wyrafinowana w swoich praktykach. Nie potrafiłam się zatrzymać, przestać, z roku na rok kręgi zła zataczały coraz szersze kręgi, a ja triumfowałam. Powszechni mordercy, zwyrodnialcy, historyczni ludobójcy – nie byli tak pozbawieni zasad jak ja. I chyba tego się boję. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie gorszej bestii, co pozbawia mnie konkurencji. Nie mam przeciwników, którzy byliby w stanie mnie chociaż na chwilę unieszkodliwić, osłabić. Nie ma nikogo z kim mogę rywalizować o tron zła…

      Jeden jedyny raz myślałam, że coś się zmieniło.  Miałam 34 lata, kiedy spotkałam podobnego wyznawcę mroku co ja. Byliśmy niemożliwie identycznie w wielu kwestiach. Jak bliźniacze odbicia szatana.  Dla siebie, ale tylko dla siebie postanowiliśmy  zmienić wszystko.  Wspólnie traktować się szczerze i uczciwie. Nie krzywdzić się wzajemnie, nie ranić. Trzymać razem. Nie wytrzymałam. W momencie – kiedy oddał mi się całkowicie, wyrwałam mu serce i patrzyłam jak umiera… To mi uświadomiło ze jestem najgorsza i absolutnie bezkarna…

       Wieczorem – kiedy nie pochłaniają mnie rutynowe zajęcia, wspomnienia rysują się wyraźniej. Przeszłość mówi mi głośno kim jestem, a ja obiecując sobie, że jeszcze raz postaram się nie rodzić zła – budzę się jeszcze okrutniejsza. Brzydzę się siebie i kocham jednocześnie za to, że nie ulegam człowieczeństwu. Miałam często myśli o słuszności zgładzenia siebie dla dobra innych, ale chęć przetrwania i chwila spełnienia po zdeptaniu kolejnej duszy ...

 

                                                                                                      ...wygrywa…