ZUPEŁNIE NIE TAK...

 

- Trzeba czekać?

     Pytanie, które zadał "Głos", wyrwało go z otępienia. Stał na wprost, pokrytych pancerzem białej farby drzwi gabinetu lekarskiego. Przynajmniej tak mu się wydawało, tylko to przychodziło mu do głowy, gdy patrzył na DRZWI. Jak sie tu znalazł? Miał na sobie garnitur na specjalne okazje, czarny w delikatne prążki. Musiał zaplanować tą wizytę, tylko nie mógł sobie przypomnieć... Jeszcze ten Głos, niecierpliwy, nacierający na jego zdezorientowany umysł. Musiał coś powiedzieć, przecież Głos zauważalnie się śpieszył. Wypada wyjaśnić, że właściwie nie wie, na którą godzinę był umówiony i czy w ogóle. Zebrał siły. Wziął głęboki oddech... Odwracając się, jeszcze próbował szukać najlepszych odpowiedzi. Jakiegoś usprawiedliwienia tego stania tu. Na szczęście, za plecami nie było niczego. Właściciel głosu też gdzieś zniknął. Kłopot z głowy. Chciał odetchnąć z ulgą, ale w chwil, gdy znów spojrzał na drzwi, dopadła go przerażająca myśl. Przecież wszędzie powinno coś być! A tam... Serce biło już zbyt szybko, umysł szalał, wariował nie mogąc ogarnąć tej nicości. Wpadł w pułapkę pokrętnej logiki... Skoro znalazłem drzwi, znalazłem je Tu, gdzie niczego nie ma, to chyba całkiem dobrze. Ta irracjonalna myśl bardzo go uspokoiła. Ciekawe czy drzwi, są otwarte? W chwili, gdy jego dłoń właśnie miała, to sprawdzić, ktoś zgasił światło. Czerń wessała białe drzwi. Właśnie zastanawiał się , nad niemożliwością wyłączenia światła, w miejscu, gdzie nie istnieje żadne jego widoczne źródło, gdy dłoń, która nie przestała błądzić w mroku, przeszył silny ból.

-To nie tak

-To nie tak

     Głos wydobywał się z jego zaciśniętego gardła. Jego spierzchnięte wargi układały się na tych trzech słowach. Nie mógł sobie przypomnieć... Jęk metalu.

-To nie tak

    Jaki kolor miały jej oczy? Nie mógł się skupić. Zbierał myśli. Swędziała go głowa. Coś gryzło. Robaki? Z czubka głowy spełzły na czoło. Niżej. Kąsały skórę pod brwiami. Jakieś wszy.

-To nie tak

    Obraz się wyostrzył i ciemność zaczęła wypluwać kształty, coraz wyraźniejsze, znajome. Wnętrze samochodu. Jakieś wszy. Natrętne kąsanie. Zaczął drapać swędzące miejsce. Palce zwilgotniały. Ciecz. To tylko śmierdzący pot. Tracił przytomność. Tylko pot. Popatrzył na palce, które w świetle księzyca miały dziwny kolor.

-To nie tak.

To tylko czerwony pot. Krew zalała mu oczy, ale już go to przestało martwić.

*

     Zielonooka ekspedientka. Pewnie nawet nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie potrzebował pomocy w odnalezieniu książki. Czuł jakąś niechęć do wszystkich tych pouśmiechanych dziewczyn w czerwonych mundurkach z identyfikatorami na piersi. Od dawna ta księgarnia była jedynym miejscem, w którym, oczywiście poza domem spędzał tak wiele czasu. Jak do tej pory, nie musiał tu zmarnować ani jednego słowa. Do dziś. Znał tu każdą półkę lepiej niż większość z pracujących tu lafirynd.  Płacił. Do tej mało skomplikowanej czynności ograniczał swój kontakt ze szczerzącymi swoje białe ząbki pindami. Jeszcze tydzień temu " Dlaczego dzieci gotują się w mamałydze" leżały na swoim miejscu. A dzisiaj... Zmiany, ciągłe zmiany, doprowadzały go do szaleństwa. Książki powinny leżeć na jebanych półkach, a nie w magazynach. Powinny być dostępne. Już nie mógł powstrzymać złości. Ręce zaczęły drżeć, a pot spływał po karku, zlepiając koszulkę ze skórą. Musiał podejść do jednej z nich i zużyć słowa. Tyle niepotrzebnego wysiłku.

- Dzieci gotuje się w mamałydze.

Powiedział, to powoli, jakby krucha blondynka o zielonych oczach, była w najlepszym wypadku  lekko upośledzona.

- Nooo, nie wiem. Słyszałam, że najlepsze są z rosołu.

- Taka książka - starał się zapanować nad dialogiem, który zmuszony był prowadzić.

- Mam nadzieję, że nie kucharska.

      Zielonooka patrzyła na niego, jak na jakieś dziwne zjawisko. Przenikliwie. Z zainteresowaniem. Ciśnienie w jego głowie prawie pozbawiło go świadomości. Już miał sięgać po fiolkę z tabletkami, gdy nagle, nieoczekiwanie, cała złość ustąpiła. Zaskoczony takim cudownym ozdrowieniem, wygiął usta w grymasie, który mógłby być nawet nazwany uśmiechem, gdyby nie to, że mięśnie twarzynie znały tego skomplikowanego ćwiczeni. Widok tej przekomicznej miny, prawie wywołał atak śmiechu, ale powstrzymała się i tylko czule uśmiechnęła mówiąc

-Zawsze coś. Pan się nigdy nie uśmiecha. Asia. Tak mam na imię.

-Wiem. Jest na plakietce, ale czemu sądzi pani, że to mnie interesuje. Dla mnie jesteś wykwalifikowany, mam nadzieję w miarę kompetentny personel, który powinien udzielić mi informacji. Nic ponad to.

    Ostatnio, aż tak wiele słów musiał zużyć tylko u psychiatry, gdy ten chciał mu zmniejszyć dawkę leków. Jednak w tej dziewczynie było coś, czego nie znał. Dziwne źródło spokoju, które jak do tej pory odnajdywał tylko w żółtych tabletkach.

- Przepraszam, ja nie powinienem. Przepraszam.

Słowa, które wypluły jego usta, prawie wywołały wymioty. Żółć. Już czuł ją w przełyku...spokój.

-Poczekaj na mnie. Kończę za pół godziny. Na parkingu stoi czarna KarmanGia…

 

AUTOR - LUKI OSKAR